La la land.

La la land.

Wiem, że wszyscy już La La Land pewnie widzieli, ale ja odkładałam go sobie na później, myśląc, że przecież to musi być doskonałe kino, wszak musicale kocham nad życie, ponieważ musicale zawsze są takie piękne i wzruszające, więc dlaczego mieliby zepsuć tak kasową produkcję? W dodatku zjawiskowa Emma Stone, która zachwycała mnie do tej pory w każdym filmie, szczególnie gdy do swojej produkcji angażował ją Woody Allen. Dlaczego więc Damien Chazelle stworzył takie przeciętne dzieło? Przecież jego Whiplash był doskonały! Może jednak ktoś jeszcze nie widział? Łapcie recenzję.

La La Land opowiada o początkującej aktorce, która biega od przesłuchania, do przesłuchania, z nadzieją, że dostanie w końcu życiową szansę, na rozwinięcie swojej kariery, oraz o jazzowym muzyku, który nie odnajduje się w nowoczesnym świecie, szczególnie że musi grać kiczowatą muzykę do kotleta. Ta artystyczna, niespełniona para marzycieli, trafia na siebie przypadkiem i od słowa do słowa okazuje się, że rozumieją się idealnie. Ich kariery nabierają tempa, wszystko układa się doskonale, pytanie jest tylko, czy cała ta bieganina za marzeniami, pozwoli im być razem? Co wybrać? Miłość czy pasję? Jak połączyć te dwa elementy?

Ryan Gosling może i jest przystojny, ale aktorsko to ja mu wcale nie wierzę, że on w tym jazzie jest zakochany. Pamiętacie duet Marka Ruffalo i Keiry Knightley w Begin Again? Jak oni byli zakochani w tej muzyce! Przepiękni byli! Ryan Gosling mógłby co najwyżej im podawać szklaneczki z whisky. Poważnie. Emma Stone jak na swoje możliwości, też jest tutaj bardzo przeciętna. W zasadzie najbardziej mi się podoba, gdy odgrywa rolę aktorki w pierwszym przesłuchaniu, pokazuje w tej scenie swój warsztat aktorski. Niestety później nie ma zbyt wielu momentów, by się wykazać, a szkoda, ponieważ udowodniła już, że potrafi tworzyć świetne postaci. Nie ma między nimi chemii i trudno dostrzec w nich jakieś uczucia, chociaż iskierkę namiętności.

Z przykrością stwierdzam, nie ma nic szczególne w ich spojrzeniu. To zapewne kolejny raz wina obsady. Może gdyby z Ryanem Goslingiem w duecie zagrała Rachel McAdams, byłoby lepiej? W pamiętniku wypadli razem wiarygodnie albo gdyby ktoś zastąpił drewnianego Goslinga? Niestety tego się już nie dowiemy.

Jeśli chodzi zaś o scenariusz, wszystko brzmi dobrze. Miłość to idealny temat na musical. Więc La La Land powinien się udać, bez żadnych turbulencji. Jednak coś poszło nie tak. Sam początek mnie już do siebie zraził. Ja wiem, że w musicalach zawsze wszyscy spontanicznie zaczynają tańczyć i śpiewać, ale jakoś mi cała ta koncepcja ludzi stojących w korku nie pasuje. No bo jak to, widzieliście kiedyś wesołych ludzi stojących w korku? W dodatku skaczących po cudzych autach w napadzie radości? A tak poważnie, to zwyczajnie mi się to nie podobało. Nie mam na to żadnego sensownego wytłumaczenia. Potem wcale nie jest lepiej. Tło mnie nie przekonuje, całe to Los Angeles akurat w przypadku tego scenariusza nie jest idealnym miejscem. Scenariusz pasuje mi bardziej do Chicago, niż do nowoczesnego Los Angeles i imprez przy basenach, gdzie dziewczyny ubierają na siebie kiczowate, pstrokate kiecki. Takie jak prezentują w drugiej tanecznej scenie, współlokatorki głównej bohaterki.

Niby gdzie jest ten hołd w stronę Hollywoodu, o którym wszyscy piszą w swoich recenzjach? Znów pozwolę sobie nawiązać do twórczości Woody’ego Allena. Stworzył on niedawno dzieło, które nawiązuje do złotej ery Hollywood i on ukazał ten świat doskonale. Mowa o Café Society, ten film jest hołdem i udaną próbą ukazania starych czasów śmietanki towarzyskiej Los Angeles. W La La Land kompletnie tego nie czuję. Zdaję sobie sprawę, że są to dwie inne epoki, ale chodzi o uchwycenie tego unikatowego klimatu, malutkich elemencików.

Nie ma w tym filmie, żadnej sceny tanecznej, która by mnie zachwyciła, poza jedną. Na końcu, gdy Mia i Sebastian tańczą w otoczeniu kolorowo ubranych ludzi, a to trwa jakąś minutę (sic!). Szkoda, bo to jest taka scena, w bardzo klasycznym musicalowym stylu. Gdyby film był w takim klimacie, na pewno bym się w nim zakochała, a tak niestety los bohaterów jest mi całkowicie obojętny, nie zachwycają mnie ani stroje, ani miejsca, w których znajdują się bohaterowie. Jedynie muzyka jest świetnie dobrana i jest to z całą pewnością element, który udał się reżyserowi doskonale. Jednak nadal nie aż tak, abym tę ścieżkę katowała bez opamiętania. Miałam ogromne oczekiwania, myślałam, że La La Land powali mnie na kolana, jednak nic takiego się nie stało. Bardzo żałuję, dawno już żaden film, aż tak mi się nie podobał. Jak było z Wami? Napiszcie koniecznie, może pojawią się jakieś fakty, których nie dostrzegłam?

Polecam:

źródło zdjęć: www.filmweb.pl

Mount Everest. Konflikt bohaterów.

Mount Everest. Konflikt bohaterów.

Everest 1996. Pomimo że od seansu minęły już dwa lata, nadal pamiętam wszystkie emocje, które towarzyszyły mi podczas oglądania tego filmu. Pamiętam, jak na napisach końcowych zalewałam się łzami. Na szczęście, pod okularami nikt nie widział mojego emocjonalnego rozchwiania. Nigdy wcześniej ani później, żaden film nie wywołał we mnie takiej rozpaczy. Pamiętam, że gdy wyszłam z kina, odechciało mi się żyć i ta chandra trwała jeszcze przez kilka następnych dni. Choć kilkudniowa depresja się skończyła, to historia z filmu nie dawała mi spokoju. Ekspedycja z 1996 roku wierciła mi mocno dziurę w głowie. Tak już mam, że lubię poznawać i analizować dobre historie, od każdej możliwej strony. Nawet jeżeli temat jest mi kompletnie obcy. Przewertowałam wszystkie dokumenty, analizy naukowców, filmy, opinie i wsiąkłam.

Everest opowiada historię ludzi, którzy pod przewodnictwem doświadczonego himalaisty Roba Halla wyruszają w podróż, by zdobyć największą górę świata Mount Everest. Od momentu, gdy Edmund Hillary zdobył szczyt Everestu, jako pierwszy człowiek na świecie, minęło trochę czasu, a komercyjne ekspedycje amatorów nikogo już nie dziwią. Góra nadal jest dzika i nieobliczalna, jednak dostęp do niej jest dużo łatwiejszy, wystarczy posiadać grubą kasę w portfelu. Reżyser Baltasar Kormákur postawił na powolną narrację tej historii. Pozwala nam poprzez ten zabieg na zapoznanie się z poszczególnymi bohaterami. Możemy sobie wyrobić opinię na ich temat, polubić ich lub nie. Dostajemy także garść istotnych informacji o tym, jakie zasady panują podczas wspinaczki wysokogórskiej. Garść nie brzmi zbyt profesjonalnie, ale dla zwykłego laika, który pojęcie o górach ma znikome, w zupełności wystarczy. Poznajemy powody, dla których Ci konkretni ludzie postanowili porzucić swoje bezpieczne życie i wyruszyli w podróż, gdzie nikt nie może zagwarantować im ani zwycięstwa, ani przeżycia.

Gdy ze spokojem przyglądamy się bohaterom na ekranie, wszystko wydaje się mieć idealny przebieg. Są doskonale przygotowani, większość z nich ma na koncie zdobyte szczyty. Od strony organizatorskiej też nic nie zwiastuje, że będzie to jedna z najtragiczniejszych w historii wypraw na Mount Everest. Jednak wraz z nadejściem dnia ataku szczytowego zaczyna być naprawdę przerażająco. Reżyser karmi nas pięknymi krajobrazami, dostraja to wszystko doskonałą muzyką, by za dosłownie moment doszczętnie rozwalić widza na łopatki. Zaczyna być coraz zimniej i nagle czuje się taką niemoc, którą trudno opisać i zrozumieć. Jeżeli sobie uświadomimy, że ta opowieść wydarzyła się naprawdę, to odczucie jeszcze mocniej się pogłębia. Baltasar Kormákur opowiedział to doskonale.

Aktorsko też jest naprawdę dobrze. Jason Clarke jako Rob Hall wypadł świetnie. Widzowie są zgodni, że nikt lepiej nie zagrałby tej postaci. Jest zjawiskowy, od początku do końca i nadaje realności tej tragicznej narracji. Aż trudno momentami uwierzyć, że to tylko gra aktorska. Dodatkowo Jake Gyllenhaal. Choć jego postać występuje na ekranie w mniejszej częstotliwości, to ze swoim nieodpartym urokiem osobistym kradnie całą uwagę, gdy tylko się pojawia. Pytanie, czy jest taki film, w którym tego nie robi? To bardzo utalentowany aktor. Świetnie wpisał się w postać Scotta Fischera. Szefa konkurencyjnej ekspedycji. Totalnie zdobył moją sympatię i było mi ciężko na sercu, gdy oglądałam jego zmagania w drodze na szczyt.

Było mi mało. To niezwykle przejmująca historia. 15 wspinaczy ginie podczas próby zdobycia Everestu. Niektórzy osiągają swój cel, niektórzy giną jeszcze w drodze. Jak przy każdej takiej katastrofie, nasuwa się pytanie, kto zawinił? Czy można było temu zapobiec? Amerykański pisarz i dziennikarz, a przede wszystkim uczestnik tej ekspedycji Jon Krakauer próbuje odpowiedzieć na to pytanie w swojej książce „Wszystko za Everest”. Skubany ma talent. Opisuje tę historię z własnej perspektywy, nie kryjąc przy tym krytyki dla całego przedsięwzięcia. Gdy film wydawał mi się niesamowicie emocjonalny i ciężki, tak ta książka przerasta te wrażenia dwa razy mocniej. Cały czas odkłada się ją na bok, mówiąc sobie w głowie, że już więcej nie chce się wiedzieć. Jednak ciekawość jest tak silna, że ciągle się do niej wraca.

Jon Krakauer swą opowieścią bardzo absorbuje, sprawia, że trudno nam się skupić na czymkolwiek innym. Gdy opisuje punkt kulminacyjny tej wyprawy, głowa eksploduje. Książka jest bardzo szczegółowa, malownicza i emocjonalna. Ukazuje także prawdę o filmowej wersji. Kilka faktów się nie zgadza. Cóż, w tym wypadku wygrało widowisko. Jednak szczególnie powinna Was zainteresować historia Becka Weathersa. Jego historia w filmie opisana jest mocno niespójnie, a w rzeczywistości ten człowiek przeżył niezły kocioł. Bardzo teraz rwę sobie włosy z głowy, że nie mogę Wam opowiedzieć wszystkich szczegółów i różnic, ale liczę, że część z Was zainteresuje się tematem i sięgnie po film, a potem po książkę, a potem po kolejną książkę.

Jon Krakauer to naprawdę świetny pisarz i byłoby idealnie, gdyby tylko nie użył swojej książki jako ataku na jednego z przewodników konkurencyjnej ekspedycji, którą kierował Scott Fisher. Mowa o rosyjskim himalaiście Anatolijim Bukriejewie. Wniosek sam może się nasuwać, skąd atak akurat na tego osobnika. Nie ulegajmy jednak sile sugestii, analizujmy same fakty. Anatoli Bukriejew to doświadczony wspinacz, niezwykle zdolny i oddany górom. Oddany także Scottowi Fisherowi. Oboje wyznawali podobną filozofię względem gór, jeśli nie jesteś zdolny się wspinać, nie rób tego, nikt tego za Ciebie nie zrobi. To góra ma zawsze ostatnie słowo, ona decyduje. Bukriejew, pomimo iż z wykształcenia był fizykiem, to góry były jego pracą, którą traktował z należytym szacunkiem.

Szczerze mówiąc, nie odczuwam w górach strachu. Wręcz przeciwnie… czuję, że moje ramiona się prostują, wyciągają, jak u ptaka, który rozpościera skrzydła. Czerpię przyjemność z danej mi wolności i wysokości. Dopiero wtedy, gdy wracam do życia w dole, zaczyna mi doskwierać ciężar świata.

Anatolij Bukriejew

(z książki Wspinaczka)

Zasadniczo wspinanie się bez tlenu budzi wielkie kontrowersje w środowisku himalaistów oraz lekarzy. Jedni uważają, że to głupota wspinać się bez aparatury tlenowej, drudzy zaś uważają, że jest to możliwe i chętne korzystają z tej opcji. Jednak decydują się na to jedynie doświadczeni himalaiści. Anatoli Bukriejew zdobywał szczyty bez tlenu od początku swojej kariery. Rob Hall mówił do swoich podopiecznych, że przebywanie na takich wysokościach, na których się znajdą, zdobywając szczyt, to powolne umieranie. Tzw. strefa śmierci. Sęk w tym, by w odpowiednim czasie dotrzeć na szczyt, ale także, co jeszcze ważniejsze w odpowiednim momencie wrócić do obozu. Aklimatyzacja i czas jest kluczowy. Aparatura tlenowa wspomaga wspinaczy podczas ataku. Pozwala im na swobodniejsze oddychanie, co przekłada się na mniejsze ryzyko zachorowania na chorobę wysokogórską.

Obaj autorzy książek są zgodni co do tego, iż organizacyjnie ta ekspedycja kulała, wiele istotnych faktów nie zostało dopilnowanych. Normy nie zostały spełnione, czas także został przekroczony. Jednak Krakauer głównie zarzuca Anatoliemu, że ten będąc przewodnikiem, powinien wspomagać się tlenem. Anatoli Bukriejew odpowiedział Krakauerowi na te zarzuty w swojej książce pt. Wspinaczka. Uważał on, iż zna doskonale swój organizm i wie, jak zachowuje się on na tak dużych wysokościach. Podpierając się opiniami specjalistów, uznał, iż używanie tlenu przez kogoś, kto nigdy tego nie robi, jest ogromnym ryzykiem. W sytuacji, gdyby tlen w butli się skończył. Jego organizm mógłby bardzo źle zareagować. Uważał, że dużo lepiej poradzi sobie w razie jakiegoś zagrożenia, bez dodatkowego wspomagania.

Anatoli Bukriejew został oskarżony o nieodpowiedzialność. Jednak po jego stronie przemawia fakt, że jako jedyny, próbował ratować uwięzionych w burzy śnieżnej członków ekspedycji. Pomimo tragicznej pogody, wyruszał z obozu wielokrotnie, w poszukiwaniu zaginionych osób, ryzykując przy tym własnym życiem. Anatoli Bukriejew nie robił nigdy z siebie wielkiego bohatera, nie szukał poklasku. Ta wyprawa nie była dla niego drzwiami do wielkiej kariery. Nie chełpił się swoim wyczynem. Uważał to za oczywistość i obowiązek. Z ekspedycji, na której był zatrudniony, nie licząc także innych przewodników, nie udało mu się uratować tylko jednej osoby. Reszta klientów zawdzięcza mu życie.

Jego książka to odpowiedź na zarzuty Krakauera. To nie jest przepiękna, malownicza opowieść. To twarde, napisane prostym językiem sprawozdanie zawodowego wspinacza. Choć książka jest przepełniona bólem, to jednak autor skupił się głównie na faktach, które pomogą zrozumieć nam co, stało się tam na górze. Krakauer niby rozlicza się ze swoich grzechów w książce, jak twierdzi, z wielu zachowań nie jest dumny. Jednak niezrozumiałym faktem dla mnie jest, dlaczego Jon Krakauer zadał sobie tyle trudu, by oskarżać kazachstańskiego wspinacza o brak odpowiedzialności, gdy ten tak naprawdę był bohaterem. Jego stronniczość i jakaś niezrozumiała wrogość budzi we mnie wątpliwość. Książka, która została napisana w przepiękny sposób, traci na autentyczności. Pomimo pewnie wielu słusznych zarzutów, które Krakauer kieruje do organizatorów, jego opinia na temat Bukriejewa wydaje mi się być niesłuszna. Szczęśliwym faktem jednak jest, że pomimo sławy pisarza Johna Krakauera, Anatoli w środowisku himalaistów jest niezaprzeczalnym bohaterem, a jego opinia w żaden sposób wśród nich nie została zachwiana.

Strasznie trudnym zdaniem okazało się, opisywanie tej historii, bez możliwości użycia wielu niesamowitych faktów. Jednak na uwadze mam osoby, które z pewnością będą zainteresowane pogłębieniem wiedzy na temat ekspedycji z 1996 roku. Nie jestem też żadnym ekspertem i to trzeba sobie powiedzieć otwarcie. Przed obejrzeniem filmu pojęcie o Evereście miałam żadne, a moja opinia jest w pełni subiektywna. Nie opiszę tutaj szczegółów ekspedycji, nawet gdybym chciała. Jednak ta historia obudziła we mnie niesamowitą ciekawość i miłość do literatury wspinaczkowej. Polecam się z nią zapoznać, potrafi trzymać w napięciu niczym najlepszy kryminał. Jeśli dotarliście aż tutaj, to gratuluję! Mam nadzieję, że poczuliście się zainteresowani!

Polecam:

źródło zdjęć: www.filmweb.pl, zieloniwpodrozy.pl, outsideonline.com

Wikingowie – serial doskoanały?

Wikingowie – serial doskoanały?

Trzykrotnie podchodziłam do tego serialu. Zawsze kończyłam w połowie pierwszego odcinka. Jakoś nie mogłam się przekonać. Po roku dałam Wikingom następną szansę i przepadłam bez reszty. Zakochałam się na amen. Już po kilku odcinkach Wikingowie trafili do mojego serduszka jako numer jeden w serialowej top liście. Cóż, najwyraźniej niektóre miłości wymagają czasu. Długo się za niego zabierałam, więc gdy ja dopiero rozpoczynałam historię z serialem, moi znajomi już dawno byli na 4 sezonie. W niczym mi to nie przeszkodziło, w niecały tydzień nadrobiłam wszystkie odcinki i teraz z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Niestety należę do tych osób, które potrafią robić sobie całodniowe maratony serialowe, nie wychodząc wcale spod koca i przez to, teraz bardzo tęsknie za moimi ulubionymi serialowymi bohaterami. Pewnie długo nie wytrzymam i zacznę oglądać wszystkie odcinki, od początku! Niektórzy mówią, że jeśli pokochałeś Grę o tron, to na pewno zakochasz się w Wikingach. Ja Grę o tron porzuciłam po 2 sezonach, bez żalu, ale Wikingów Wam szczerze polecam, z całego serca kinomaniaka.

Wikingowie to opowieść o legendarnym władcy Danii Ragnarze Lothbroku oraz jego bliskich. Ragnar Lothbrok to młody i bardzo odważny rolnik i wojownik. Kuszony własnymi ambicjami postanawia popłynąć w nieznane. Chce dotrzeć tam, gdzie inni Wikingowie nigdy nie dotarli, na zachód, do Anglii. Buntuje się przeciwko swemu władcy jarlowi Haraldsonowi i przy pomocy zdolnego szkutnika, bliskiego przyjaciela Flokiego, buduje okręt i wyrusza wraz z załogą, by łupić Anglię. Dzięki swojemu niezłomnemu uporowi i niezwykłej odwadze osiąga swoje cele i zdobywa władzę, docierając do odległych miejsc. Serial oparty jest na prawdziwych faktach i sagach nordyckich. Choć twórcy do wielu wątków podchodzą bardzo luźno i pozwalają sobie często na własną interpretację to Ragnar Lothbrok oraz jego synowie to prawdziwe postaci historyczne. Wszyscy zapisali się na kartach historii jako doskonali taktycy wojenni. Co do samego Ragnara, wersji jego życiorysu jest wiele, nie do końca wiadomo jest, ile z opisanych dokonań, wydarzyło się naprawdę. Natomiast już fakty o jego synach, opisane są z większą dokładnością. Realizacją serialu zajmuje się kanał History, który specjalizuje się w produkcjach dokumentalnych, a więc mamy okazję dowiedzieć się bardzo wiele o historii i zwyczajach Wikingów. Historię obserwujemy z perspektywy Ragnara, choć w serialu znajduje się mnóstwo dobrze skrojonych postaci.

Sam Ragnar to postać bardzo złożona. Poznajemy go jako zwykłego rolnika, jednak dzięki swojej ambicji i niezwykłej sile szybko zmienia swój status społeczny. Jego wizje i głód doświadczeń stale go napędzają. Ma charyzmę i posłuch. Każdy chce walczyć pod sztandarem Ragnara Lothbroka. Nie istnieją dla niego przeszkody, których nie da się pokonać. Wraz ze wzrostem jego popularności, obserwujemy jego wewnętrzne rozdarcie i dylematy, które stale mu towarzyszą. Rzekłabym, klasyczna przemiana bohatera. Osobiście miałam z nim mały problem. Budził we mnie skrajne emocje. Momentami miałam ochotę go zabić, ale z czasem coraz bardziej się do niego przekonywałam. Choć wiem, że np. wśród moich znajomych panowała ogólna sympatia do Ragnara, mieli ciut odmienne zdanie od mojego więc z Wami pewnie będzie podobnie. Choć to Ragnar Lothbrock gra w serialu pierwsze skrzypce, to zdecydowanie największą sympatią obdarzyłam jego przyjaciela, szkutnika Flokiego. Floki to taki trochę wariat. Mieszka sobie z dala od centrum ze swoją dziewczyną Helgą i buduje w ciszy swoje piękne łodzie. Jest bezgranicznie oddany bogom i Ragnarowi. Towarzyszy mu we wszystkich wyprawach, choć nie zawsze się z nim zgadza i nigdy nie omieszka go moralizować, szczególnie w kwestii bogów. Sam o sobie mówi: przeklęty. Już sama jego charakteryzacja wskazuje, że to będzie bardzo ciekawa postać. Jest w nim coś mistycznego, jakaś zagadka. To powoduje, że nie wyobrażam sobie serialu bez niego. Oby twórcom nie przyszło do głowy, aby go usunąć. Zresztą miałam już okazję podziwiać talent aktorski Gustafa Skarsgårda, odtwórcę roli Flokiego i wiem, że to świetny szwedzki aktor.

Na samym początku serialu poznajemy także starszego brata Ragnara, Rollo. Rollo był początkowo mianowany na moją ulubioną postać serialu, jednak szybko straciłam do niego całą sympatię i wszystkie achy i ochy w jego kierunku ucichły. Posiada dość mocno destruktywny charakter i pewnie jako typowa kobieta chciałam w marzeniach go sobie uratować. Długie włosy, niezłe ciało, same wiecie. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę. Rollo cały czas stoi w cieniu młodszego, sławnego brata i nie jest mu to w ogóle w smak. Przez to ciągle wpada w tarapaty. Jednak to jak jego losy potoczyły się w czwartym sezonie, woła o pomstę do nieba. Lagertha, z początku żona Ragnara, jest potężną tarczowniczką. Musicie wiedzieć, że Wikingowie uznawali kobiety za równe sobie, jeśli o waleczność chodzi. Jeżeli któraś była dobrą wojowniczką, bez problemu mogła brać udział w kampaniach u boku mężczyzn. Urodziła Ragnarowi syna, który został legendarnym królem Szwecji. Björn Żelaznoboki bezgranicznie wpatrzony w swojego ojca, z uwagą słucha jego rad i gdy dorasta, idzie w jego ślady. Szczerze to trochę się przestraszyłam, gdy na ekranie zobaczyłam już dorosłego Björna granego przez Alexandera Ludwiga. Nie jestem fanką ekranizacji Igrzysk Śmierci, a tylko stamtąd kojarzyłam tego aktora. Szczęśliwie jednak się pomyliłam, ponieważ Alexander Ludwig świetnie zbudował tę postać. Na pewno musimy sobie stwierdzić jeden fakt, charakteryzatorzy tego serialu powinni dostawać mnóstwo nagród, bo wykonują z sezonu na sezon coraz lepszą robotę.

Oczywiście postaci jest mnóstwo i posnęli byście, gdybym miała je wszystkie opisywać. Na sam początek tyle w zupełności wystarczy. Historia Wikingów jest świetnie zrobiona. Świetnie poprowadzone wątki poboczne. Dobre wyczucie, jeśli chodzi o skakanie w czasie. Głównie dzięki charakteryzacji, o której już wspomniałam. To niesamowite i ciągle nie mogę się nadziwić, gdy z sezonu na sezon obserwuję zmiany w wyglądzie bohaterów. Wystarczy popatrzeć jak zmienia się sam Ragnar czy Lagherta. On staje się coraz mroczniejszy, ona jeszcze bardziej majestatyczna, co tylko uwydatnia jej urodę i dumę, z jaką się nosi. Twórcy też pakują w serial coraz więcej pieniędzy, więc to tylko dowód, że warto. Sama bym nie porównywała Wikingów do Gry o tron. Oczywiście są tu intrygi, romanse i sceny bitewne. Jednak nie jest to tu wcale przesadzone. Niektóre dziewczyny zapewne pomyślą, że serial nie jest dla nich. Nie wszystkie jesteśmy przecież fankami historycznych seriali z rozlewem krwi w tle. Jednak tutaj twórcy nie ograniczają się jedynie do zabijania kolejnych bohaterów. Nie zdradzając wiele, kilku oczywiście sobie zginie, ale zdążą sobie trochę powojować i pokorzystać z życia. Zupełnie inaczej niż w Grze o tron, gdzie ze strachem obdarzało się sympatią jakichkolwiek bohaterów. Serial cieszy się ogromną popularnością, także polecam serdecznie. Jeśli szukacie czegoś do oglądania wieczorami, to spróbujcie Wikingów.

Koniecznie opiszcie swoje wrażenia, jeśli już oglądaliście, albo zaczniecie.

źródło zdjęć: www.filmweb.pl

Chciałam wspomnieć Wam o jeszcze jednej, ważnej sprawie. Moje koleżanki potrzebują pomocy dla swojej mamy, która zachorowała na raka. Jej leczenie jest bardzo kosztowne, a im kończą się środki na zakup potrzebnych leków. Jeśli ktoś z Was zechce im pomóc, poniżej zostawiam wszystkie dane i link do FB. Ich mama to niezwykła kobieta, która na co dzień mocno jest związana ze światem sztuki. Dziewczyny nie wyobrażają sobie życia bez niej, ponieważ, jak same mówią, we trzy tworzą pełną całość. Serdecznie proszę Was w ich imieniu o pomoc

Lucyfer. Zmarnowany potencjał czy wspaniała produkcja?

Lucyfer. Zmarnowany potencjał czy wspaniała produkcja?

Strasznie ciężko znoszę rozstania z serialami. Ostatnio obejrzałam ostatni odcinek Vikingów, Tabu i nawet Lucyfer się skończył. Te przerwy doprowadzą mnie w końcu do szewskiej pasji. Więc skoro i tak muszę czekać, przedstawię Wam jedną pozycję z mojej listy seriali, które wciągnęły mnie bez reszty. Serial nie jest perfekcyjny, ma swoje wady i czasem bywa irytujący, ale tylko na początku. Potem jest tylko lepiej, uwierzcie mi na słowo. Przeczytajcie i bierzcie się do oglądania. Idzie wiosna i nie będzie czasu na siedzenie przed monitorem. Trzeba odkurzyć rower (najlepiej w różowym kolorze, jak mój) i pozwiedzać kawałek świata. Lepiej się pospieszyć.

Lucyfer Morningstar jest Władcą Piekieł. Jednak obrażony na swojego ojca Boga porzuca swoją nudną dotychczasową pracę i wyrusza na podbój Los Angeles. Kupuje luksusowy klub nocny i postanawia czerpać z hedonistycznego życia zwykłych, grzesznych śmiertelników. Szybkie samochody, dobrze skrojone garnitury, mnóstwo alkoholu i piękne, napalone kobiety. Można rzec, życie idealne. Ta sielanka trwałaby pewnie w nieskończoność (dosłownie), gdyby nie pewien incydent. Na terenie jego posiadłości dochodzi do zabójstwa jego znajomej, celebrytki. Przez owo wydarzenie, Lucyfer trafia na intrygującą kobietę-policjantkę. Intrygującą, ponieważ zdaje się wyjątkowo pozostać niewzruszona na perfekcyjną aparycję przystojnego diabła. Zafascynowany i zaciekawiony Lucyfer postanawia dołączyć do szeregów policji z Los Angeles i jako konsultant, pomóc rozwiązać trochę detektywistycznych zagadek, przy okazji rozwiązując swoją. Dlaczego policjantka Chloe Decker jest taka odporna na jego zaloty? Dlaczego jedyna nie ujawnia mu swoich najskrytszych pragnień?

Relacja tych dwojga to główny wątek serialu, tłem jest wątek kryminalny. Moim zdaniem dość słabo prowadzony. Dla kogoś, kto jest fanem kryminałów, będzie lekko irytujące, jak po macoszemu potraktowano rozwiązywanie zagadek. Jednak jeśli przymkniemy na to oko, jest całkiem znośnie. Postać Lucyfera nie jest nowym pomysłem. Taki z niego typowy dziwak, a do tego przystojny. Można wielu takich bohaterów wymienić ze świata seriali. Jednak ogląda się go z nieziemską przyjemnością. Ma fajny brytyjski akcent, co na tle amerykańskich aktorów jest baaardzo słyszalne. Jego oczy błyszczą niczym małe świetliczki. Dziewczyny mówię Wam, zobaczcie to! Lucyfer Morningstar oczywiście nie radzi sobie z otaczającą go rzeczywistością. Życie zwykłych, szarych śmiertelników okazuje się dużo trudniejsze, niż praca w piekle. W momencie pojawienia się Chloe, świat w ogóle staje na głowie. Na pomoc Lucyferowi przychodzi pani psycholog Dr Linda Martin. Nieświadoma pochodzenia Lucyfera Dr Linda Martin stara się pomóc zagubionemu diabłu. Pomimo jego dziwnych opowieści o ojcu stworzycielu z przerośniętym ego tłumaczy mu tajniki życia. Bardzo lubię te sceny z Lindą. Na początku lekko mnie irytowała, ale z czasem bardzo ją polubiłam. Lucyfer ma także kolejną kobietę w swoim towarzystwie. Maze. Maze jest demonem, uciekła wraz z władcą piekieł, by udać się do Los Angeles i rozpocząć hulaszczy tryb życia. Nie w smak jej, gdy Lucyfer angażuje się w znajomość z panią detektyw. Jej postać jest dla mnie troszeczkę dziwna, karykaturalna, choć w drugim sezonie i po niej widać wpływ ludzkiego towarzystwa, co sprawia, że nie jest już tak mocno przerysowana. Męska część obsady jest w dużo gorszym stanie. Jest były mąż Chloe, Dan Espinoza oraz brat Lucyfera, Amenadiel. Nie lubię ich. Dan Espinoza jest tak mocno bez jakiegoś określonego charakteru, że właściwie, gdyby zniknął, to bym nie zauważyła. Amenadiel wciąż chodzi przygnębiony faktem, że jego zbuntowany braciszek nie chce wrócić do piekła. Wkurza go to, że pomimo iż zawsze był przykładnym synalkiem, to Lucyfer gra zawsze pierwszy skrzypce. Mógłby trochę więcej po grzeszyć, dla mnie jest zbyt spokojny. Nie wiem, może to kwestia doboru aktorów. Może inne aparycje by wszystko zmieniły. Jest jeszcze oczywiście Chloe Decker. Jest niezwykle ładna, ma miły głos i bardzo jej zazdroszczę brwi. Zawsze, gdy pojawia się na ekranie, patrzę na jej brwi. Może to dziwnie brzmi, ale myślę, że nie jedna dziewczyna mnie zrozumie w tej sprawie. Chloe jest odporna na uroki Lucyfera. Chloe jest prawa i sprawiedliwa. Tropi bezwzględnych bandytów, lata z pistoletem po Los Angeles, a po godzinach pracy jest również matką małej Trixie. Trixie to mała mądrala, jej mama mogłaby czasem trochę zaszaleć, upić się, zatańczyć na zatłoczonej ulicy czy cokolwiek. Stałaby się wtedy bardziej ludzka. Wszystko jednak przed nami, serial dopiero się rozkręca. Podsumowując temat obsady, nie zrażajcie się. W drugim sezonie wszystkie postaci zyskują i wszystko się rozkręca.

Niezaprzeczalnym atutem tego serialu jest muzyka. David Bowie, The Police czy Survivor. Sami sprawdźcie. Jakby tego było mało, sam pan diabeł jest niezwykle utalentowany. Gra na fortepianie. Więc gdy Lucyfer jest zły czy smutny, możemy posłuchać sobie jak gra na fortepianie Metallice lub Hendrixa. Do tego śpiewa, z tym swoim cudnym brytyjskim akcentem. Dobrze mu to wychodzi. Sama często słucham sobie tych wykonań na YT. Szklaneczka Whisky i metalowe utwory na balladową nutę. To naprawdę fajna kombinacja. Mam nadzieję, że twórcy nie zrezygnują z tego motywu w przyszłych sezonach. Powinni raczej zwiększyć częstotliwość tych występów dziesięć razy. Mniej dziwnie prowadzonych spraw kryminalnych, więcej Lucyfera grającego ze złości na fortepianie.

Wiem, że z mojego opisu wynika, że serial nie jest doskonały, a ja powinnam wychwalać go pod niebiosa, skoro Wam go polecam. Jednak nie chciałam idealizować. Mogłam skupić się jedynie na władcy piekieł i jego aparycji. Jednak jego rozterki są naprawdę wciągające. Chemia, która powoli wytwarza się pomiędzy głównymi bohaterami, jest wkręcająca. Wszystko, co z początku wydaje się niespójne, z czasem staję się całością. Warto poświęcić im trochę czasu i uwagi. Jeśli nie dla wątków kryminalnych, to chociażby dla rozmów Lucyfera z Dr Martin na kozetce. Ich wywody bywają bardzo zabawne, szczególnie osobliwe interpretacje Lucyfera na temat nauk pani psycholog. Oczywiście nie zapominajmy o muzyce i występach diabła. Całość oceniłam na 8 w skali filmwebu. Choć gdyby istniały połowiczne oceny, skłoniłabym się do oceny 7,5. Widzieliście? Macie swoją opinię na ten temat? Może macie w planach obejrzeć? Koniecznie dajcie znać w komentarzach lub na FP. Jakie inne seriale polecacie? Macie swoje ulubione pozycje? Czekam na Wasze tytuły.

Lucyfer

Gorzkie kino

Gorzkie kino

Znam jedną naprawdę śmieszną komedię, za to mnóstwo smutnych filmów. Nie wiem, dlaczego tak jest. Dlaczego, gdy inni śmieją się do rozpuku, ja z uporem maniaka wynajduję te wszystkie smutne dramaty. Trudne historie. Im smutniej, tym lepiej. Bez względu na odpowiedź, już raczej tego nie zmienię Zaraz pomyślicie, że Pożałowana Wanda naprawdę jest smutną babą. Oby nie. Póki jest jeszcze trochę zimy i wieczory spędzamy pod kocem, to chcę Wam polecić trzy filmy. W moim sercu posiały niezłe spustoszenie. Dwa są w moim top 5 ukochanych filmów. Trzeci, podejrzewam, że zasmucił mnie, dlatego że jestem kobietą.

Oto one:

Róża

Wyłam diabelnie. Nie wiem, czy w słowniku polskim dopuszczalne jest takie określenie, ale to jedyne słowa, którymi mogę spróbować zobrazować moje emocje podczas oglądania tego filmu. Zresztą smutek czuję za każdym razem, gdy o nim myślę. Nawet teraz. To historia dwojga ludzi, których los splata po zakończonej wojnie. Oboje przeżywają piekło, są rozdarci i zniszczeni przez to, co dał, lub zabrał im los. W rolach głównych Marcin Dorociński i Agata Kulesza. On, żołnierz polski. Ona, wdowa po niemieckim żołnierzu. Choć są z innych światów, będą potrzebowali siebie nawzajem. To nie jest romans z wojną w tle. Nikt by Smarzowskiego o to nie podejrzewał. To dramat ludzkich serc. To film o samotności, stracie i nierównej walce z demonami. O zaufaniu, które przychodzi z silnej potrzeby poczucia bezpieczeństwa i bliskości. Smarzowski jeńców nie bierze, niczego się nie boi. Nie od dziś wiadomo, że potrafi widzowi skopać tyłek. Tak jakby chciał rozruszać nasze leniwe umysły, byśmy coś poczuli. To kolejny polski film, który śmiało zaliczam do tych udanych i Wam polecam.

Jagten

Skandynawskie kino. Jeżeli my Polacy potrafimy kręcić znakomite dramaty, to oni są w tym arcymistrzami. Ich surowość jest nie do podrobienia i choć wielu próbuje kopiować ten fenomen, nikomu się jeszcze nie udało. Jagten to opowieść o nauczycielu, który przez niewinne kłamstwo małej dziewczynki zostaje odtrącony przez społeczność, w której żyje. Jedno kłamstwo sprawia, że zostaje on opluty i posądzony. Wieloletnie przyjaźnie, więzy rodzinne zostają zerwane. Ktoś, kto zostaje oskarżony o molestowanie, nie ma prawa się obronić. Lucas nadstawia policzek, raz za razem. Nie chowa się, nie ucieka. Nikt jednak nie ma w sobie odwagi, by podważyć słowa delikatnej dziewczynki w blond warkoczach. Nikt nie ma odwagi, by zastanowić się nad prawdą. Reżyser skrzętnie ukazuje model skandynawskiego systemu szkolnictwa. Małoletni rządzą światem. Nikt nie podważa ich słów. Ich emocje zawsze są słuszne. Wszystko w imię bezstresowego wychowania. Przecież dzieci nie kłamią. Nie jest to nowatorskie kino, ale Mads Mikkelsen sprawia, że ten film jest autentyczny i smutny.

Me Before You

Może nikt się nie obrazi za to stwierdzenie, ale to typowe kobiece kino. Poraniony, irytujący, bogaty mężczyzna spotyka na swej drodze urodziwą indywidualistkę. Która z potrzeb finansowych zmuszona jest opiekować się na co dzień zbutwiałym gościem, co doprowadza ją do szewskiej pasji. Nienawidzi go, płacze i chce zrezygnować z owej pracy. Zamiast tego obdarza go uczuciem i postanawia uratować zgryźliwego dziada. Do tego Emilia Clarke w roli głównej. Przepiękna aktorka, obecnie na fali dzięki roli w Grze o tron i mamy klasyczny, płaczliwy dramat dla kobiet. Sam Claflin w mojej opinii szału nie robi, ale on akurat tutaj gra złego faceta, więc kobiety są zachwycone. Każda wzdycha i marzy, aby na jej drodze pojawił się taki ktoś, zagubiony. By mogły go uratować. Nie jest to nic oryginalnego, ale wzrusza. Czasem prosto znaczy dobrze. Nie sądzę by ktoś, kto sięga po ten film, oczekiwał oryginalnej i złożonej historii z psychoanalizą w tle. To opowieść miłosna, która swą prostotą zwyczajnie wzrusza. Ja się na to nabrałam i przyznaję się, popłakałam sobie troszkę.

Jeżeli widzieliście już z któryś tytułów to podzielcie się swoją opinią. Jeśli nie widzieliście, mam nadzieję, że się skusicie. Nie, żebym życzyła Wam, byście byli smutni, ale jeśli macie ochotę na małą demolkę, to zapraszam. Moja top lista najsmutniejszych filmów czeka.

źródło zdjęć: filmweb.pl

Kino polskie

Kino polskie

Ze zdumieniem ostatnio czytałam komentarz na znanym portalu filmowym pod losowym polskim filmem. Brzmiał on następująco „Polska ma tylko Adamczyka i Warszawę”. Nie mogę się nadziwić, jak dużą ignorancją cechują się niektórzy. Polska kinematografia może i miała swoje suche lata i był okres, gdzie na dużym ekranie pojawiały się głównie komedie romantyczne ze standardową plejadą gwiazd, a dodatkowo, żeby zobaczyć coś wartościowego, trzeba było się nieźle naszukać w kinie niezależnym. Jednak od tego momentu minęło trochę czasu i nasze rodzime kino poczyniło wielkie kroki, ku lepszemu. Świat seriali również spłodził kilka dobrych produkcji. Drugim zarzutem, który często słyszę, jest monotematyczność. Co rusz historia, a to wojna, a komunizm, gloryfikowani bohaterowie lub w ostateczności papież. Przesadna patetyczność. Brak luzu. Faktem jest, że jest tego sporo, ale historię mamy ciekawą, a do tego skomplikowaną. Wiele wydarzeń nie zostało jeszcze opowiedzianych. Nie można dziwić się więc, że te filmy wciąż i wciąż pojawiają się w kinach. Kiedyś podczas dyskusji, zapytałam pewnego kinowego malkontenta, jaki film polski widział ostatnio, a żeby sprawdzić jego wiedzę na temat tego, co się dzieje od kilku lat w polskiej kinematografii. Po chwili namysłu odpowiedział„ „Seksmisję”, potem były tylko komedie romantyczne”. Jeżeli tak się sprawy mają, to w sumie przestaje mnie dziwić, że część ludzi kręci nosem na rodzime produkcje. Na opisywanie poszczególnych filmów przyjdzie jeszcze pora, ale czy nie warto już teraz zastanowić się nad sensem tego marudzenia? Zamiast skupiać się nad tym, dlaczego nie kręcimy efekciarskich filmów jak amerykanie, pomyślmy, w czym, jako naród polski jesteśmy dobrzy, a co świetnie przenosimy na obraz, do kin. Jesteśmy fantastyczni w przedstawianiu emocji, budowaniu skomplikowanych kreacji. W polskim kinie tkwi autentyczna melancholia, która zmusza do refleksji. Jeżeli lubimy myśleć i potrzebujemy bodźców, które poruszą nasze szare komórki, wybór jest prosty. Wrażliwość to nasz duży atut. Nie patrzmy z wieczną zazdrością na zachodnich sąsiadów, wystarczy trochę poszukać, a jestem pewna, że znajdzie się kilkanaście dobrych produkcji, z ostatnich lat, które pozostawią po sobie dobre wrażenie.

Być może ktoś z Was podziela moją opinię i polskiego kina się nie boi? Macie jakieś filmy, które ostatnio widzieliście i chcielibyście polecić niedowiarkom? Czekam na Wasze propozycje w komentarzach.

Moje propozycje dla Was:

Instagram

  • Oszalaam Wataha wraca z nowym sezonem mam nadziej e ehellip
  • Zatrzymaam si na drugim tomie dawno temuniech mi kto wyjanihellip
  • Mnie mieszy leontheprofessional leonzawodowiec movie portman hahaha blogger cinema kinohellip
  • Jestem Monic a Wy kim jestecie?? monica friends series serialhellip
  • Jestem Krlow Elzbiet I  game civ civilization lovki nerdhellip
  • poezja popkultura kultura
  • Miego dnia koty!! goodmorning monday photo photography sky skyporn popkulturahellip
  • Marzy mi si taki kolor grunge juliaroberts grungegirl rock moviehellip

Facebook